Red.: Serdecznie witamy w Gdańsku – jakie masz wrażenia w naszym mieście?
PZ: Ja uwielbiam Trójmiasto i to mówię zawsze głośno i wyraźnie – Trójmiasto i Wrocław, Trójmiasto jako całość i Wrocław jest drugim takim moim ulubionym miastem, więc gdybym mógł sobie wybrać miasto do życia, to byłoby to być może Trójmiasto. Gdańsk jest przepiękny, hotel przywitał nas piękna panoramą – mam pokój na 17 piętrze, na samej górze – z widokiem na Starówkę.
Red.: Siedzimy na stosunkowo małej scenie budynku NOT – jak ją odbierasz?
PZ: Grałem tu już bardzo wiele razy, różne tytuły, zawsze przyjęcie publiczności jest bardzo gorące, trójmiejska – gdańska publiczność jest bardzo serdeczna i przyjmuje nas zawsze entuzjastycznie. A budynek – siedzibę Naczelnej Organizacji Technicznej – też znam i pomimo tego, że jest pozostałością z okresu PRLu i teraz jest otoczony nowoczesnymi apartamentowcami, to cieszę się, że NOT pozostał. Zastanawiałem się, czy go nie wyburzą, ale tak się nie stało i bardzo mnie to cieszy.
Red.: właśnie, jeżeli chodzi o spektakle, to jak długo jesteś aktywny na tym polu?
PZ: Leci trzydziesty pierwszy rok mojej pracy zawodowej.
Red.: a jakie tytuły szczególnie zapadły w Twojej pamięci?
PZ: trudno wymieniać, dlatego że różne tytuły łącza się z rożnymi szczególnymi sytuacjami w moich wspomnieniach: Hamlet – było to pierwsze moje wyjście na scenę w Teatrze Dramatycznym Miasta Stołecznego Warszawy w 1992 r. – grałem Fortinbrasa – króla norweskiego, który przychodzi na końcu sztuki; rola epizodyczna, jedna scena, ale bardzo duża – pamiętam ją szczególnie, bo był to mój debiut.
Później „Wiśniowy sad” także w Teatrze Dramatycznym, gdzie grałem Jaszę, pod reżyserią rosyjskiego reżysera, to było bardzo interesujące doświadczenie zawodowe, bo sztukę Czechowa graliśmy pod reżyserią moskiewskiego reżysera.
Przechodząc do czasów mniej odległych, pierwsza farsa w jakiej zagrałem była sztuka „Biznes” w reżyserii Jurka Bończaka w teatrze Komedia, a z ostatnich czasów, sztuka „Selfie.com.pl”, w której grałem z Dorotą Pomykałą, Julią Kamińską, Filipem Bobkiem, tekst Piotra Jaska, uwielbiałem grać tę sztukę, już niestety jej nie gramy, ale może jeszcze kiedyś do niej powrócimy. A teraz – „Goło i wesoło”.
Red.: Właśnie, jak oceniasz sztukę na tle słynnego brytyjskiego filmu z lat 90-tych?
PZ: Ten film był w swoim czasie bardzo popularny, jednak to właśnie film powstał na kanwie sztuki, a nie odwrotnie. Obejrzałem go ostatnio i odniosłem wrażenie, że się trochę zestarzał, bo tak to jest, że niektóre filmy są ponadczasowe, a ten trochę, moim zdaniem, „zardzewiał”.
Scenariusz sztuki, w której gram, został trochę zmieniony, to znaczy, bohaterowie nie pochodzą z małego miasteczka w Anglii, tylko z Tomaszowa Mazowieckiego. Nie ma tam kopalni, jednak jest bezrobocie. Dla mnie jest to taka „śpiewogra – tańcogra”, bo spektakl jest bardzo mocno okraszony tańcem, rozrywką w interakcji z widzami, trudno to zatem określić jako stricte przedstawienie teatralne. Ono jest troszeczkę na poły musicalem, momentami ociera się o konwencję kabaretu, a częściowo jest w konwencji teatralnej.
Red.: Ta sztuka jest bardzo chwalona, między innymi przez tę formę.
PZ: Tak, widzowie bardzo entuzjastycznie podchodzą do tego spektaklu, zwłaszcza kobiety, bo, co tu dużo mówić, jest on bardziej atrakcyjny dla pań, niż dla panów, którzy siedząc ze swoimi partnerkami mają takie miny nie za szczególne, widząc jak panie klaszczą, bawią się i cieszą, widząc nas dość mocno momentami roznegliżowanych na scenie. Widzę więc po minach niektórych panów, że czują się średnio komfortowo, co jest dla mnie zabawne.
Red.: Rozmawiamy dziś w stosunkowo spokojnym czasie, jeżeli chodzi o pandemię. Czy możesz powiedzieć, że jeżeli chodzi o życie artystyczne, wróciliśmy do normalności, po tych wszystkich zawirowaniach poprzednich dwóch lat?
PZ: Tak, zdecydowanie tak, mam wrażenie, że ludzie po tych wszystkich lockdownach, które nas dotknęły i zmieniły naszą perspektywę, nasze spojrzenie na normalne funkcjonowanie – nie docenialiśmy pewnych rzeczy, bo wydawało nam się to oczywiste, że możemy pójść na przykład na pływalnię, do teatru, do marketu, przebywać w skupiskach ludzi. To wszystko nagle wywróciło się do góry nogami, zostało nam odebrane na pewien czas, ograniczono także takie podstawowe swobody. Mam wrażenie, że ludzie chcą teraz odreagować ten czas pandemii, dlatego frekwencja w teatrach jest bardzo duża, ludzie chcą przychodzić na spektakle teatralne, pomimo tego, że czasy są niełatwe, ponieważ szaleje drożyzna, przez ostatnie lata biedniejemy dosyć skutecznie, chociaż władza dosypuje pieniędzy i twierdzi, że nie, ale obserwujemy coś innego. A mimo to ludzie kupują bilety i przychodzą do teatru. Ja się zastanawiałem czy nie będzie tak, że ludzie jednak na skutek tego, że koszty życia tak bardzo wzrosły, odetną to, co jest wartością dodaną, czyli kulturę, to, z czego najłatwiej jest nam zrezygnować, bo nie zrezygnujemy z zakupów podstawowych towarów, żywności, musimy opłacić rachunki za prąd, za gaz, natomiast tu łatwiej jest zrezygnować z kultury, rozrywki. A nie, na razie nie odczuwamy tego w taki sposób, bo bilety na spektakle, w których gram, sprzedają się „na pniu” i gramy zwykle do pełnej sali, ludzie nie rezygnują, chcą się z nami bawić, zapomnieć o troskach dnia codziennego, w naszym towarzystwie, z czego ja się niezwykle cieszę i bardzo to sobie cenię.
Red.: Jest taka sytuacja w naszym kraju, że społeczeństwo jest podzielone, taka jest smutna prawda. Czy takie wydarzenia kulturalne, wpływają na to, że jesteśmy razem jako naród, czy można tym pomóc?
PZ: Myślę, że istnieje grupa ludzi o szczególnych poglądach, nie jest klientelą teatru specjalnie liczną, więc w większości w teatrze pojawia się większość ludzi o w miarę spójnych, jednorodnych poglądach, ale zdarzają się komentarze, które my sobie czytamy od czasu do czasu, więc zdarzają się komentarze od widzów po naszym spektaklu, których coś dotknęło w tym spektaklu, jakieś treści. My jesteśmy takim generalnie obrażalskim narodem, społeczeństwem, które coś obrusza, lubimy myśleć o sobie, że jesteśmy wyjątkowi i nieskazitelni, Polak zawsze na białym koniu, wobec czego, jeżeli cokolwiek nie idzie po myśli co niektórych, to jest od razu wytykane i jest przedmiotem urazy czy obrazy. Możemy sami krytykować siebie i wtedy to jest w porządku, ale jeżeli ktoś nam coś wytknie, to jest to bardzo nie w porządku. Ale tak, myślę, że ludzie bawiąc się, reagując na naszym spektaklu, stają się jednością, myślę, że jednoczymy śmiechem i poczuciem humoru zdecydowaną większość widowni. Jeszcze się taki nie urodził, który by każdemu dogodził, więc zdarzą się zawsze jakieś jednostki, którym nie odpowiada to poczucie humoru, ale to jest naturalne, a większość reaguje fantastycznie.
Red.: I z tego powinniśmy się cieszyć. Chciałbym jeszcze nawiązać do Twojej historii walki z depresją. Jesteś wspaniałym przykładem człowieka, któremu udało się pokonać tę chorobę.
PZ: Tak, nie było to łatwe. Ogromną pomoc otrzymałem od moich najbliższych, siostry mojej mamy pokierowały mnie w sposób bardzo delikatny i mądry do lekarza. To działo się bardzo dawno temu, kiedy – proszę wziąć to w cudzysłów – temat depresji nie był jeszcze taki „modny”. Ale coś jest na rzeczy, przez długi czas to był temat tabu, coś, do czego nie wypadało się przyznać, ludzie czuli się bardzo niekomfortowo i bali się napiętnowania, jeżeli się przyznają do tego problemu. Ja także miałem opory wewnętrzne przed mówieniem o tym głośno, jednak uznałem, że to jest ważne, aby te tematy poruszać publicznie i kiedy zwróciła się do mnie pani Anna Morawska, założycielka Fundacji „Twarze Depresji. Nie oceniam. Akceptuję”, prosząc, abym został ambasadorem tej akcji społecznej, to zdecydowałem się w to wejść, bo uważałem, że to jest ważne, aby oswajać w społeczeństwie ten problem. Jeżeli można przekonać jedną osobę do tego, aby poszła się leczyć, żeby wzięła się za bary z tą chorobą, to trzeba to zrobić.
Red.: Co byś powiedział osobie dotkniętej tą chorobą, co, z Twojego doświadczenia, najbardziej by pomogło?
PZ: Takie osoby trzeba wspierać w najmniejszych drobiazgach. Pierwsze, do czego należy nakłonić taką osobę to, żeby poszukała pomocy u specjalisty, tym specjalistą jest psychiatra, dopiero drugim adresem jest psycholog. Zwykle, musi to się opierać na leczeniu farmakologicznym, dopiero później może wejść psychoterapia. Pierwszą rzeczą jest namówienie takiej osoby na pomoc u specjalisty, w sposób stanowczy, ale taktowny, uświadomienie jej, że coś jest nie tak. A później, należy ją wspierać w każdym drobnym kroku, chwalić za każdy poczyniony postęp, bo osoba, która choruje na depresję, może mieć problem z najmniejszymi rzeczami, ze wstaniem z łóżka, umyciem zębów, ubraniem się, z wyjściem z domu, więc każdy taki krok należy chwalić i wspierać. To jest niezwykle ważne dla takiej osoby, żeby ona czuła, że przez cały czas ma nasze wsparcie. To jest jedna rzecz; druga – nie oceniać; trzecia – nie krytykować nigdy takiej osoby, tylko cały czas w mądry sposób wspierać.
Red.: I tym akcentem, bardzo dziękuję za spotkanie i życzę wielu sukcesów na scenie oraz w życiu osobistym.
PZ: Dziękuję bardzo.