Michał Stosik: Śledzę od kilkunastu lat Pana działalność z kabaretem Neo-Nówka i zawsze mnie fascynują poruszane przez Was tematy. Chciałbym zapytać o skecz „Wigilia polska”, dlaczego Pana zdaniem jego pierwsza forma w 2018 roku przeszła bez wielkiego echa medialnego, zaś druga odsłona – w 2022 roku – wywołała wielkie poruszenie, była wręcz w wielu kręgach społecznych bardzo kontrowersyjna?
Roman Żurek: To zależy, jak kto śledzi działalność Neo-Nówki, bo wydaje mi się że w 2018 roku „Wigilia” też była bardzo mocno odbierana, zrobiła w międzyczasie 20 milionów odsłon, więc nie był skecz, który przeszedł bez echa. Podejrzewam, że my, Polacy, byliśmy w innym punkcie świadomości społecznej, czyli tak nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z czym mamy do czynienia.
W 2018 roku te podziały nie były jeszcze tak bardzo wyczuwalne, to nie skecz się zmienił, tylko my dojrzeliśmy jako społeczeństwo do tego, żeby zobaczyć te podziały między nami oraz że te wigilie tak wyglądają i rzeczywiście są już mocno napięte. Dlatego, ten skecz, który pokazaliśmy jeszcze raz, wywołał takie wielkie poruszenie. Oczywiście, doszły nowe wątki, o ile wersja z 2018 roku była bardziej stonowana, to ta współczesna była już chyba bardziej po krawędzi. Niestety, w drugiej wersji użyliśmy już przekleństw i poszliśmy dalej z tymi emocjami, które nami targają, bo niektórych rzeczy nie można było dłużej dusić w sobie i chyba każdy zobaczył odbicie swojej rodziny. Zaobserwowaliśmy, że istnieje duża polaryzacja, i ta wojna plemienna weszła już na taki level, że musieliśmy coś z nią zrobić. Stąd ten skecz odbił się tak dużym echem. Poza tym, był to też okres wakacyjny, więc ludzie trochę inaczej do tego podchodzili i nagle takie mocne przesłanie, gdzieś wywołało jakąś dyskusję społeczną. Ten ferment zaczął narastać i ostatecznie wszystko potoczyło się w taki, a nie inny sposób.
Teraz mamy inną sytuację, gramy ten skecz po wyborach i muszę przyznać, jest ciekawie, bo sytuacja się lekko odwróciła i też są fajne wymiany, więc to jest taki skecz, który będzie mógł sobie spokojnie istnieć bardzo długo, ponieważ my go mocno ewoluujemy, wymieniamy ten środek, a on jest cały czas naszym społecznym lustrem.
MS: Nawiązując do skeczy, które długo istnieją, jednym z nich jest „Niebo”. Pamiętam jak się z nim zetknąłem i to był pierwszy skecz, który mnie prawdziwie zafascynował. Można tu było zaobserwować, że w nim musieliście odnieść się do naszych największych przywar narodowych, oglądając go trzeba mieć potężny dystans do siebie.
W taki sposób uczycie nas dystansu do siebie, a przecież wiemy, że niektórzy mają z tym bardzo duży problem..
RŻ: To nie niektórzy, ale generalnie Polacy mają z tym problem i widać to zarówno w kabarecie jak i teraz w mojej drugiej działalności, którą zacząłem niedawno prowadzić – w standapie. Nagrywamy ten wywiad przy okazji mojego występu w gdańskim Klubie Technika NOT. Głównym przesłaniem tego standapu jest złapanie dystansu do samych siebie, bo go nie mamy. Chcę przekazać ludziom, aby nauczyli się śmiać z samych siebie, żeby nie spinali się tak, nie hejtowali, żeby tak nie odreagowywali swoich frustracji i pokazuję im swój program, po czym zaraz po nim dostaję taką zwrotkę, że pani mi pisze, że ten program jest żałosny, bo śmieję się w nim z kobiet i osób grubych. Czyli totalnie nie została złapana konwencja i w dalszym ciągu wychodząc z takiego programu, ktoś jeszcze ma z tym problem. W USA, w Anglii ludzie się śmieją z siebie, potrafią mieć dystans i potrafią przyjąć to z jakąś refleksją, a u nas – nie. Zataczamy koło i mamy coraz węższe spojrzenie na to, z czego możemy się śmiać, a z czego nie. Ludzi można coraz szybciej urazić. Nie wolno się śmiać z kobiet, z gejów, z komunistów, za chwilę nie będzie można się śmiać z katolików. To jest chore, więc my staramy się pokazywać, że można się śmiać ze wszystkich. Ale trzeba się z tym humorem zetknąć i go zrozumieć, a nie od razu czuć się urażonym.
Bardzo często „Wigilia” była odbierana przez dwie różne opcje polityczne, jako atak na nich, a to nie miał być atak, tylko pokazanie jacy jesteśmy.
MS: To prawda, my czujemy się szybko urażeni. Czym to jest według Pana spowodowane? Gdzie można szukać źródeł takiej sytuacji? Pan, jako historyk z wykształcenia, może z pewnością te powody odnaleźć.
RŻ: Podejrzewam, że to jest wynik wielu społecznych przywar i kompleksów, które ma ten Naród. Cały czas czujemy się troszeńkę gorsi i mamy naleciałości, schematy z przeszłości. Nawet patrząc na to, co się widzi, co się pisze o Polsce na zewnątrz, traktuje się nas jako naród panów, my jesteśmy bardzo mocno napompowani, spięci, fajnie się z kogoś śmiać, ale jak ktoś się z nas śmieje, to jest problem. My jeszcze nie przekroczyliśmy tej zaściankowej bariery. Konserwatyzm, ten strach przed innością, jeszcze w nas siedzi. Nie u wszystkich, młodzi ludzie są już na innym etapie. To wyszło podczas wyborów, kiedy to właśnie młodzi ludzie oraz kobiety zdecydowali, że większość poparła partie demokratyczno-opozycyjne. Oni nie obawiają się zmian, natomiast partie konserwatywne, partie katolickie, boją się zmian i tutaj jest problem. Reagują lękiem, strachem i przez to stają się agresywni, druga strona też staje się agresywna i wystarczyło tylko nas napuścić na siebie i mieliśmy efekt tego, co działo się przez ostatnie lata. To są rzeczy, które w nas-Polakach siedzą. Potrzebne są przemiany ewolucyjne, następne pokolenie musi być wychowywane w innym klimacie. My mamy naleciałości trochę z komunizmu, z szalonych lat 90-ych, w których proces prywatyzacji odbywał się bez żadnej kontroli. Doszedł jeszcze współczesny czas mega konsumpcji, dostępu do Internetu, do social mediów, tego wszystkiego co na nas wpływa i mocno nam zmienia punkt widzenia. Nie wszystko jesteśmy w stanie przefiltrować. Podejrzewam, że wielu ludzi jest poddawana takiej obróbce i przez to mają takie zdanie, a nie inne.
MS: Podczas swojej działalności artystycznej w Neo-Nówce wykreował Pan wiele postaci. Która z nich podoba się Panu najbardziej? Która jest Panu najbliższa?
RŻ: To jest ciężkie pytanie, bo to jest jakby zadać pytanie ojcu, które ze swoich dzieci najbardziej kocha. Nie mam takiej odpowiedzi. Każda z tych postaci ma swój wkład w tej drodze, którą przeszliśmy w kabarecie, każda jest inna, z czego jestem zadowolony, bo one wyzwoliły we mnie takie uczucie, że mogę wygenerować różne postacie, wcielać się w kogoś innego. To jest akurat bardzo fajne. My w kabarecie możemy nałożyć jakiś kostium i stać się zupełnie kimś innym, chociażby taka Wandzia, niby taka swobodna i lajtowa, ale ona mówi o wielu ważnych sprawach. I to jest domena naszego kabaretu, żeby pod płaszczykiem postaci bardzo płytkich, stereotypowych, przemycić ważniejsze treści i o to staraliśmy się od samego początku. Nie samo przebranie za babę, ale ta baba ma mieć coś do powiedzenia, aby to, co mówi dało do myślenia. I to właśnie cechuje nasz kabaret.
A teraz, podczas mojego standupu, nie ma żadnej innej postaci, teraz wychodzę jako ja, jako Roman Żurek i robię coś, czego do tej pory nie robiłem, czyli troszkę obnażam się z moją przeszłością i swoimi ułomnościami. Nie wstydzę się ich, także uczę dystansu do siebie na swoim przykładzie, bo śmieję się z samego siebie. To też jest ciekawa forma, bardzo mocno wymagająca, bardzo intymna. To przejście do następnego kroku w mojej artystycznej karierze, żeby zrobić coś wbrew sobie, wyjść ze strefy komfortu. Nie ma kolegów, nie ma przebrań, na scenie jestem tylko ja. Jest minimalizm, ascetyzm, natomiast słowo jest tutaj najistotniejsze i ono nie jest zabarwione żadnym graniem innych postaci.
MS: Dziękuje Panu bardzo za rozmowę. Usłyszałem piękne przesłanie i szczerze mówię: tego się spodziewałem. Życzę udanego występu.
RŻ: Sorry, że nie zaskoczyłem (śmiech).
MS: Chciałem powiedzieć, że takich wypowiedzi się spodziewałem, bo czuję u Was w Neo-Nówce formę manifestu. Tak to odbieram.
RŻ: Mamy scenę, jesteśmy popularni, ludzie mogą usłyszeć to, co mamy do powiedzenia, więc nie boimy się ich użyć. To, o czym rozmawialiśmy na samym początku, że „Wigilia” odbiła się tak dużym echem, to także dlatego, że zwykły widz, do którego nie docierają prawdziwe treści, tylko takie, które są zdeformowane przez propagandowy przekaz, nagle usłyszy coś, co nie do końca zgadza się z tym, co on usłyszał w publicznej telewizji. I to tworzy duży dysonans, który widz musi udźwignąć, kiedy nagle słyszy o aferach, o jakichś niebezpieczeństwach, które dzieją się w Polsce.
MS: Według publicznej telewizji, to były pomówienia…
RŻ: Tak, tak sobie to tłumaczyli. Widać to właśnie we współczesnej „Wigilii”, po ostatnich wyborach. Genialnie to sobie ojciec tłumaczy, więc jest bardzo ciekawie. Polecam zobaczyć, bo to jest taki mocny fikołek intelektualny.
MS: Oczywiście. Bardzo dziękuję za rozmowę i poświęcony czas.