Należy pozwolić płynąć sprawom swoim biegiem i cierpliwie czekać na efekt

Jako zespół, grafik występów macie wypełniony w całości. Po 30 latach na scenie nie zwalniacie tempa.

Po prawie 33 latach! (śmiech – red.) Biorąc pod uwagę jesień 2021 roku to mieliśmy około 28 wystąpień w miesiącu. Nigdy wcześniej nie kończyliśmy sezonu w granicach 18-20 grudnia. Przez te ponad 30 lat zawsze zamykaliśmy sezon z na początku grudnia, żeby mieć czas dla rodzi i dzieci. W ubiegłym roku graliśmy aż do 21 grudnia. Określę to tak: gdybym był młodszy, to bym tego nie wytrzymał. Z wiekiem człowiek jednak inaczej gospodaruje energią. To nie oznacza, że ma jej mniej na koncertach. Po prostu inaczej gospodaruje nią poza występami. Myślę o życiu hotelowo-garderobiano-scenicznym.

Życie muzyka z zewnątrz wygląda na wspaniałe, natomiast wiemy, że to bardzo ciężka praca. Choć publiczność potrafi się znakomicie odwdzięczyć muzykom.

Na pewno wspaniałe jest to, co odczuwamy od publiczności. Najważniejszym elementem każdego koncertu jest właśnie spotkanie z publicznością. Jeśli komuś się to nudzi, powinien natychmiast zejść ze sceny, jeśli jest jedynie przyzwyczajony do nieustannego aplauzu, oklasków na stojąco, uwielbienia. Reakcja publiczności jest zawsze oddźwiękiem, który został wywołany występem na scenie. I zawsze należy się za to publiczności ogromna wdzięczność, a jednocześnie po koncercie zamyka się drzwi od garderoby i temat nie istnieje. Kolejny koncert jest zawsze odrębnym wydarzeniem. Gdybym każdy występ rozpatrywał, to bym zwariował.

Na twoich koncertach często można odczuć specyficzne uczucie niedosytu. Chciałoby się posłuchać jeszcze trochę… Jak to robisz, że twoja muzyka jest tak autentyczna?

To było autentyczne od samego początku. Momentami nieporadne, bo myśmy dopiero zdobywali szlify, jeśli chodzi o wystąpienia koncertowe, ale zawsze prawdziwe. Mam w tym względzie swoje teorie. Jedną ogłosiłem kiedyś na scenie, a mianowicie taką, że jestem zwolennikiem tzw. zdarzenia prawdziwego. Trzymałem się tego kurczowo. Po czym na jeden z moich koncertów przyszła moja krewna, pani matematyk, filozof i astronom w jednej osobie. Podeszła do mnie po koncercie i powiedziała Adasiu, każde zdarzenie jest prawdziwe, nie tylko to, które jest podbite emocjami, ale również to, które wydaje się zupełnie nieatrakcyjne. W ten sposób nieco się z pomysłu wycofałem… 

Moja druga teoria sceniczna jest taka, że nieustająco oczekujemy pojawienia się tajemnicy. Tak, jakbyśmy mieli na nią wpływ. Ale wpływu nie mamy. Ona może się pojawić lub nie. Łaskawie się pojawia od 33 lat, ale były takie momenty, gdy się nie pojawiała. Za naszą sprawą oczywiście, bo nikt inny nie ponosi za to odpowiedzialności. 

Jeśli człowiek wychodzi na scenę, a głowę ma gdzie indziej – a było kilka takich przypadków – nie tylko u mnie, ale i u moich kolegów z zespołu, to tajemnica się nie objawia lub pojawia się tylko jej rąbek. Wówczas nie dzieje się na scenie to, do czego się człowiek mentalnie, duchowo i emocjonalnie przygotował prowadząc opowieść na koncercie, czyli do wywołania takiego poruszenia, do jakiego jest przyzwyczajony. Jeśli to nie następuje, w dawniejszych czasach uruchamiała się we mnie potrzeba zmagania się z publicznością, aby za wszelką cenę poruszyć ją, bo przecież po to przyjechaliśmy. Całkowicie z tego zrezygnowałem, bo im człowiek bardziej się stara, tym gorzej wychodzi. Należy pozwolić płynąć sprawom swoim biegiem i cierpliwie czekać na efekt działania, które się podjęło na scenie. 

Wiąże się to też z drugą nauką, która płynie ze sceny po 33 latach. Jeżeli człowiek buduje swoje dobre samopoczucie na podstawie efektu zachowania publiczności, czyli oklasków, aplauzu, akceptacji, to przegra, bo mogą być takie koncerty, na których nie będzie oklasków. Załóżmy, że siła oddziaływania utworu jest tak duża, tak głęboka, tak ciężka, że publiczności nie chce się klaskać. Dotarło do niej coś takiego, co odebrało rękom moc do aplauzu i trzeba się z tym pogodzić, że nie będzie tzw. nagrody. Większość wykonawców liczy na to, że zostanie nagrodzona oklaskami, ale jeżeli artysta tylko tego oczekuje to niedobrze.

Gdy zaśpiewasz utwór, który jest emocjonalnie dla ciebie trudny, to cisza i zaduma na widowni też może być nagrodą?

Jeżeli się porusza tzw. trudne tematy, a zdarzają się takie na koncertach, to trzeba pozostawić publiczności absolutną przestrzeń do takich reakcji jakich sobie życzy i jakie chce ujawniać, lub nie ujawniać. To nie podlega żadnej ocenie. Nie wolno mi tego oceniać. Ja jestem od przedstawienia opowieści. Publiczności w ogóle nie ciekawi, w jaki sposób to zrobię. 

Nawiązując do wycieczki, którą teraz prezentujecie na koncertach. Jest to opowieść o człowieku, który wychodzi z domu, ma jakieś ambicje, jakieś wizje. Całość z lekką ironią, a nawet przekąsem. Czy można tę opowieść interpretować jako autobiografię?

Nie! W żadnym wypadku, aczkolwiek mamy jakieś tam doświadczenia życiowe, trudniejsze i łatwiejsze. Jeśli opowiadam coś między piosenkami to dlatego, że i Agnieszka Osiecka i Wojciech Młynarski jednocześnie trochę ironizowali z losu ludzkiego, z tych usiłowań, afektów emocjonalnych, które towarzyszą prawdopodobnie każdemu z nas. Tego wysiłku znalezienia tej jedynej lub tego jedynego, a potem okazuje się, że ani ta jedyna, ani ten jeden nie prezentują tego, co widzieliśmy w naszych wyobrażeniach na ich temat. Ale to jest zagadnienia na jakaś terapię – jak sądzę. 

Jednocześnie i Agnieszka Osiecka i Wojciech Młynarski z ogromna czułością traktowali te wszystkie słabości, które leżą w ludzkiej naturze. Te wszystkie głupoty, które robimy, ten cały zgiełk emocjonalny, uczuciowy, te zakochiwania się nieustanne powodują też często traumatyczne rozczarowania, jakby nie patrzeć. Oni oboje w wielu piosenkach to opisali, jednocześnie mając do tego, szczególnie Agnieszka Osiecka – specyficzny stosunek.

Oprócz głębokiej uczuciowości, splecionej z wyrokami losu, nad bohaterami wisi fatum. Jest tak np. w piosence „Białe zeszyty”, w której trochę staje ono stronie pokrzywdzonej, a trochę przeklina tego, który uwiódł i poszedł w sina dal. 

Bliższa jest mi jednak bezstronność narratora nawet w najbanalniejszej sytuacji jaką dokonał Bułat Okudżawa w tłumaczeniu Młynarskiego w balladzie Wańki Morozowa. On się nie wgłębia w ludzką naturę, tylko opisuje niesłychanie banalna sytuację. On kocha swoją dziewczynę, uwodzi go inna, która wydaje mu się atrakcyjniejsza, zostawia tę, z która do tej pory był, idzie z nową w siną dal, a na końcu ta nowa go zostawia. Banalniej nie można, ale jak się przysłuchamy słowom piosenki, to naprawdę zazdroszczę talentom mistrzom. Inaczej nie mogę do tego podejść. A w ogóle piosenka zaczyna się od słów: „I czegoż chcieć od tego Wani”. Wyroki losu, namiętności, powodują kłopoty, jakby na to nie patrzeć…

Inaczej mówiąc, lepsze jest wrogiem dobrego… Wielu muzyków interpretuje Agnieszkę Osiecką i Wojciecha Młynarskiego, ale wy robicie to w wyjątkowo autentyczny sposób i to naprawdę trafia do publiczności. Dlaczego wybrałeś tę drogę i tych artystów?

Na początku 2000 roku Zofia Sylwin z radia poprosiła nas o zagranie koncertu składającego się z piosenek Agnieszki Osieckiej w piątą rocznice jej śmierci. Pomysł polegała na tym, żeby tym razem zrobił to ktoś zupełnie niezwiązany ze środowiskiem Agnieszki Osieckiej. Na początku wydawało mi się, że to się nie uda, że nam nie po drodze z takim repertuarem. My jesteśmy trochę kontrkulturalni, mimo że nie wyglądamy. Ale nasz kolega Jacek Olejarz powiedział, żeby posłuchać Staszka Sojki, który zrobił piosenkę do filmu Jan Serce. Pomyślałem wtedy, no dobrze. Jeżeli te piosenki zaśpiewa poeta o twarzy przestępcy, kto wie, jaki rodzaj autentyczności uzyska. Zaczęliśmy więc na próbie grać Balladę dla okruszka. Okazało się, że można też mruczeć nad kołyską i to też może być ważne zdarzenia dla usypianego. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że te piosenki po prostu je zagramy. Nagraliśmy je w studiu imienia Agnieszki Osieckiej. Potem zrobiło się o tym głośno.

Z kolei, jeśli chodzi o Wojciecha Młynarskiego, siedzieliśmy w Warszawie na jakimś festiwalu i pan Wojciech Młynarski po prostu przyszedł bezceremonialnie do nas do garderoby, złożył ręce i powiedział: „A może byście zagrali też i moje piosenki?”

My, wiedząc, że mistrzom, a szczególnie mistrzowi Młynarskiemu się nie odmawia – zgodziliśmy się. Trochę aranżowaliśmy, ale niewiele, bo praca polegała na tym, żeby zachować naszą estetykę, a nie naśladować mistrza. Chcieliśmy zrobić to po naszemu. Chyba się udało.

To teraz trochę o twoim indywidualnym projekcie. Jest to kilka czarno-białych teledysków, włoska szkoła filmowa plus akustyczne instrumenty. Dlaczego tak?

Jako zespół zaczęliśmy taki konglomerat akustyczno-satyryczno-poetycko-pankowy. Było trochę sentymentalnego podejścia do uczuć, jednocześnie bardzo dużo sprzeciwu i buntu – mówię o 1990 roku. Myślę, że to ujęło i publiczność, i jurorów w Krakowie. Byliśmy bezkompromisowi, a ja zawsze byłem korzeniami przy muzyce klasycznej i trochę próbowałem jazzować. Nigdy nie grałem muzyki rockowej ani innej. Nasz klarnecista Grześ wówczas grał na pogrzebach i podgrywał w zespole pieśni i tańca, Mirek Kowalik – basista miał jednocześnie inklinacje do jazz i rocka, perkusista Jacek był raczej związany z muzyką teatralną, fascynował go jazz, szczególnie polski. Spotkaliśmy się wszyscy i to było podwórko akustyczne. Najautentyczniej brzmiało zestawienie gitary klasycznej, klarnetu, kontrabasu i elementy perkusji. Uważam, że najlepsze pomysły biorą się z biedy, a my nie mieliśmy wtedy pieniędzy absolutnie na nic, więc te nasze instrumenty były bardzo ubogie – szczególnie jeśli chodzi o perkusję. W dodatku to wszystko musiało się zmieścić do pociągu, bo początkowo podróżowaliśmy pociągami. Byliśmy obładowani jak żółwie. Potem jeździliśmy własnym Fiatem kombi, którego osobiście przerabianym w garażu, żeby dał radę to wszystko zmieścić.

Dziś tamte czasy wspominam z wielkim sentymentem, bo to była wielka przygoda, granicząca czasem z utratą życia momentami. Zdarzało się, że jechaliśmy po 16 godzin, zimą przez Mazury. Droga kompletnie pusta. Jakby coś się zepsuło, to byśmy tam zostali na zawsze. Żywej duszy.

Czy możemy spodziewać się kontynuacji indywidualnego projektu? 

Nie wiem. Aktualnie wiem, co chcę opisać, a nie wiem, jak to zrobić. Przyszły teraz takie czasy i taki język mediów i język między ludźmi, że coraz mniej w nim wartości. W ten sposób znikają także wspólne międzyludzkie wartości. Nie jestem politykiem, ale dziś mamy dwie Polski i nie dotyczy do rozwoju gospodarczego, a świadomości politycznej. Nie ma już szacunku do jakichkolwiek wartości, a podziały są już nawet wewnątrz rodzin. W polityce nie ma żadnych hamulców, bo polityka ma skuteczna, a celem działania politycznego jest to, aby zrobić źle, ale żeby wyglądało ładnie.

A przenosi się to na społeczeństwo, bo skoro im – politykom wolno, to nam-społeczeństwu też wolno – tak ludzie myślą.

Gdyby można nas było podejrzewać o to, że jesteśmy ludźmi przyzwoitymi, to byśmy powiedzieli, że tym ludziom nie brak wstydu.

Zauważ, że dziś już nawet nie ma żadnej debaty, żadnego międzyludzkiego dialogu. Kto ma inny pogląd – jest wrogiem. 

Dawniej były wrogiem ludu. A teraz jest wrogiem Polski. Tym bardziej, że relacje pomiędzy władzą świecką a duchowną się zazębiły. A to nigdy nie jest dobre dla żadnego kraju.